‹ ›

Dyplomacja to sztuka głaskania psa tak długo, aż gotów będzie kaganiec.


Bieżące komentarze: matura, oświata i okolice



Gdyby głupota miała skrzydła...

Parlament Europejski ogłosił rezolucję w sprawie kobiet i zmian klimatu. Przytoczę kilka weselszych postulatów:

  • Według PE zmiana klimatu nasila dyskryminację ze względu na płeć.
  • PE wzywa państwa członkowskie, by uwzględniały aspekt płci w strategiach na rzecz przeciwdziałania klęskom żywiołowym.
  • PE wzywa państwa członkowskie, by promowały upodmiotowienie kobiet i ich uświadamianie poprzez budowanie potencjału przed katastrofami związanymi z klimatem.
  • PE uważa, że bez sprawiedliwości w dziedzinie klimatu nie da się osiągnąć prawdziwej równości płci.
  • Według PE kraje unijne powinny przeprowadzić analizę polityki łagodzenia zmiany klimatu, skoncentrowanej przede wszystkim na wymiarze płci.

Chciałem tu dopisać jakiś komentarz, ale ręce mi opadły...

Potęga ludzkiego umysłu

CKE dała plamę: na egzaminie gimnazjalnym z języka polskiego w teście jednokrotnego wyboru dwie odpowiedzi na jedno z pytań są poprawne. W związku z tym CKE oznajmia, że zdezorientowanemu gimnazjaliście przyzna punkt w dwóch sytuacjach:

  • gdy zaznaczy tylko jedną poprawną odpowiedź (czyli błędnie rozwiąże zadanie),
  • gdy zaznaczy obie poprawne odpowiedzi (czyli postąpi wbrew zasadom wypełniania testu, ale w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem).

CKE uważa, że błędu nie było, bo w pytaniu nie było napisane, że jedna odpowiedź jest poprawna. A ja się pytam:

  • Jeżeli nie było błędu, to dlaczego teraz CKE daje punkty za błędną odpowiedź na pytanie, czyli zaznaczenie tylko jednej poprawnej odpowiedzi?
  • Czy w tym pytaniu CKE napisała, że może być wiele odpowiedzi poprawnych? Dlaczego test wielokrotnego wyboru ma być wartością "domyślną": kto i kiedy ogłosił, że jeżeli nic w pytaniu nie pisze, to może być wiele odpowiedzi poprawnych na egzaminach przeprowadzanych przez CKE?

Sprawa jest tak oczywista, jak 2+2=4. Jeżeli mamy test jednokrotnego wyboru (a innych CKE na swoich egzaminach nie stosuje), w którym dwie odpowiedzi są poprawne, to układający taki test popełnił błąd jak stąd do Bałtyku. Twierdzenie, że błędu nie było łamie moje przekonanie o potędze ludzkiego umysłu.

O to właśnie chodzi!

W "Rzeczpospolitej" ukazał się krótki wywiad z prof. Michałem Wojciechowskim. Rozmowa dotyczyła systemu oświatowego. Zainteresowanym podaję link: http://tiny.pl/hppqc

Profesor Wojciechowski w krótki sposób wyjaśnił, dlaczego scentralizowany, państwowy system oświaty nie może dawać dobrych efektów:

Każda szkoła realizuje ten sam program. A niezależnie, czy jest on lepszy czy gorszy, to nie ma sensu kształcenie wszystkich ludzi wedle tego samego wzorca. W ten sposób właśnie pozbawia się  szans tych, których interesowałoby coś innego i likwiduje się  korzystne społecznie urozmaicenie.
Potrzebne jest wspólne minimum, nauka posługiwania się językiem ojczystym i historii swojego kraju, liczenia, języka obcego, ale rozszerzenie tego programu powinno być w znacznej mierze kwestią wyboru. Długi kanon lektur nie jest wcale potrzebny dla ucznia, lecz dla komisji egzaminacyjnej, by mogła zadawać jednolite pytania na maturze. Jeden uczeń zachęci się do czytania przez felietony, drugi przez "Potop", a trzeci przez science fiction. Młodzież nie czyta, bo interesuje ją tylko ułamek tego, co jej się czytać każe. Do tego właśnie prowadzi taka "urawniłowka".

Święte słowa. Od siebie dodam, że efekty "urawniłowki" mamy takie, że ma egzaminie maturalnym sprawdza się umiejętność czytania ze zrozumieniem, a egzamin z języka polskiego jest tak naprawdę egzaminem z kanonu lektur.

Marnotrawstwo

Właśnie dowiedziałem się, że dziś Rada Ministrów przyjęła harmonogram realizacji zadań programu rządowego „Bezpieczna i przyjazna szkoła". Przekładając to z języka urzędowego na ludzki, ustalono na co i kiedy zostanie wydana kwota 6 mln zł. Mamy zatem główne wydatki:

  • 4,5 mln zł zostanie przeznaczonych na otwarty konkurs ofert, który ukierunkowany jest na wdrożenie w przedszkolach i szkołach podstawowych projektów obejmujących prowadzenie działań o charakterze edukacyjno-informacyjno-promocyjnych, pokazujących dobre praktyki związane z przyjaznym wdrażaniem 6-latków do edukacji szkolnej.
    Przekładając to z języka urzędowego na ludzki: te pieniądze zostaną przeznaczone na to, aby rodziców (w większości negatywnie nastawionych do planów wyrywania 6-latków do szkół) agitować w kierunku przeciwnym do ich przekonań.
    Ci rodzice nie wierzą, że państwo chce im ich dzieciom zrobić na siłę dobrze, więc będzie się ich przekonywać. A skąd pieniądze na przekonywanie? Rodzicom zostały zabrane w podatkach. W sumie - rodzice płacą ciemiężcy za ciemiężenie. Majstersztyk!
  • 1,25 mln zł zarezerwowano na otwarty konkurs promujący zdrowy styl życia, prawidłowe odżywianie i aktywność fizyczną oraz rozwijanie zainteresowań i talentów dzieci i młodzieży.
    W tych kwestiach państwo też wie lepiej co dzieciom potrzebne. Ale... czy państwowo-propagowany "zdrowy styl życia" pokrywa się z tym, którego chcieliby rodzice?

Walka z wiatrakami

Nasze kochane państwo przeznaczyło właśnie 140 milionów złotych na dofinansowanie kosztów zakupu podręczników przez rodziców.
Rodzice mogą się ubiegać o takie dofinansowanie, jeżeli dochód w rodzinie nie przekracza 351 zł netto na osobę. Netto - czyli już po pobraniu odpowiednich podatków.

Wynika z tego, że nasze kochane państwo najpierw zabrało tym rodzicom pieniążki za pomocą urzędów skarbowych, a teraz (gdy ci rodzice tak już zbiednieli, że nie stać ich na zakup wyprawki) część wcześniej zabranych pieniążków się im zwraca.
Najpierw sobie ten wiatrak postawili, a teraz z nim walczą.
Don Kichote z La Manchy też wyruszył w świat niesiony szczytną chęcią pomagania ludziom i bronienia najsłabszych.
Dlaczego jednak z niego się śmieją, a z takich rządów - nie?

Uczucia mieszane...

Ogłosiło, że teraz będzie "Nowa formuła przygotowania do egzaminu maturalnego z matematyki na poziomie podstawowym".

W rzeczywistości przeprowadzono standardową, próbną maturę z matematyki na poziomie podstawowym. Nauczycielom dano do wykorzystania tematy zadań i schematy punktowania. Owe schematy to cała tej formuły innowacyjność.

W sumie słowa dotrzymano: na jesieni CKE stwierdziła, że próbnej matury nie będzie bo to kosztuje itd., itp., więc teraz mamy "nową formułę", w ramach której szkoły same sobie robią próbną maturę. Na dodatek jest okazja do chwalenia się wprowadzeniem czegoś nowego. Że to nowe jest przefarbowanym starym? Czasy mamy takie, że władzuchna nie ma się czym chwalić, więc surogaty mają wzięcie.

Głupi pomysł? Bierzemy!

Skłonność naszych rządzących do przyjmowania najgorszych rozwiązań funkcjonujących w innych państwach jest nagminna.
Francuzi mieli system gimnazjów i liceów, który był systemem złym - co świetnie widać po efektach pracy tych szkół (chociażby w postaci typowych uczniowskich rozrywek w rodzaju podpalania paryskich samochodów).
Ten system bardzo się spodobał naszym reformatorom - wprowadzono gimnazja. Głupota tej reformy dała tak porażające efekty, że dziś nawet nie muszę tłumaczyć dlaczego wprowadzenie gimnazjów było złe - jaki koń, każdy widzi.

Teraz na swojej stronie internetowej "Głos Nauczycielski" (Organ Związku Nauczycielstwa Polskiego) ogłasza, że obejmuje patronat nad czymś, co określa "Jak uczyć w wielokulturowej szkole?". Cytuję: "Jak pracować w klasie, w której dzieci mają różne pochodzenie etniczne i narodowe, nie znają dobrze języka polskiego? Jak budować relacje z nimi i ich rodzinami?".

Nadal przyjmowane są zachodnie wzorce, które w świecie najnormalniej się nie sprawdzają. W takiej Francji objęci "wielokulturową troską" uczniowie pochodzenia arabskiego za nic nie chcą się integrować i wolą tworzyć getta, by żyć wśród swoich i według swoich zasad. W USA tak się już społeczeństwo wielokulturowe zintegrowało, że wycieczka białego człowieka do czarnej dzielnicy da się porównać tylko eskapady masochisty lub człowieka, który chce popełnić najtańsze samobójstwo.

Dlatego chętnie odpowiem na pytanie, jak uczyć w opisanej "wielokulturowej" klasie.
W szkołach, w których językiem wykładowym jest język polski, nie można niczego nauczyć kogoś, kto nie  zna dobrze języka polskiego.
Jeżeli ktoś chce w naszym kraju żyć - proszę bardzo. Niech się tylko dostosuje do naszego trybu życia, bo jest tu gościem i nie ma prawa czegokolwiek od nas wymagać. Niech się nauczy języka, zarobi na swoje utrzymanie, przywitamy go z radością.
A jeżeli nie zechce, niech wraca skąd przyszedł - tam ma szkoły w swoim języku.

"Wielokulturowa klasa" to byt nieistniejący. To przechowalnia dla przyszłych mieszkańców gett. Z klasą w rozumieniu oświatowym nie ma ona nic wspólnego.


Pozostałe komentarze:
-1--2--3--4--5--

-6--7--8--9--10--

-11--12--13--14--15--

-16--17--18--19--20--

-21--22--23--