‹ ›

Większość ludzi, póki ma usta zamknięte, nie sprawia wrażenia głupków.


Bieżące komentarze: matura, oświata i okolice



Przerażająca arogancja władzy

Dopiero co pisałem o odbieraniu praw rodzicom. Gdy jednemu coś się odejmuje, to drugiemu - dodaje. Kto zatem te prawa sobie przywłaszcza? Władzuchna nasza kochana! Ale nie tylko "nasza".

W co najmniej 13-u gimnazjach w Southampton, trzynastoletnim uczennicom wszczepiono podskórne implanty hormonalne. Te podskórne środki miały zapobiegać ciąży.
Zrobiono to bez zgody i wiedzy rodziców. Więcej: uczennicom tłumaczono, że mają nie mówić o tym rodzicom.
Władze tłumaczyły się, że panuje epidemia nastoletnich ciąż.

Gdyby coś takiego zrobił amerykański lekarz 100 lat temu, to od rodzica dostałby kulkę i pewnie zostałoby to uznane za samoobronę. Gdyby do tego nie doszło - trafiłby do więzienia. Teraz eksperymenty medyczne na dzieciach stają się codziennością. Władza korzysta z "osiągnięć" doktora Mengele?

No właśnie...

Były minister edukacji, profesor Ryszard Legutko udzielił wywiadu dla "Uważam Rze". Tematy, które poruszył, często przewijają się w naszych komentarzach:

- Powiedzmy wprost. Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów "proszę" czy "dziękuję". Nauczyciele są coraz bardziej zastraszani - przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić?
- Można odnieść wrażenie, że ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.
- Fatalnym pomysłem było wprowadzenie gimnazjum, które "uruchomiło falę uczniowskiej nieodpowiedzialności".
- Wśród dziewcząt poziom przemocy podniósł się przez ostatnie lata o 150 proc. Mamy tutaj całą skalę nagannych zachowań. Od drastycznych wydarzeń, zabójstw i gwałtu, przez poniżanie nauczycieli i rówieśników, aż po zwykłe, chciałoby się powiedzieć, codzienne chamstwo. Młody człowiek, który daje pierwszeństwo przejścia starszemu człowiekowi, to w dzisiejszej Polsce niezwykle rzadki przypadek.

Brakuje w tej wypowiedzi wzmianki, że rodzice zostali pozbawieni swoich praw, gdy weszła w życie ustawa chroniąca maluchy nawet przed klapsem.
Niektórzy (komentując nieprzychylnie wypowiedź profesora Legutki) zapominają, że zdarzają się szkoły, w których degradacja procesu wychowania nie jest tak daleko posunięta - podobno nie istnieje reguła społeczna bez wyjątków.

Hall - kukułką?

Nie do wiary, ile kukułczyj jaj podrzuciła nam była minister Katarzyna Hall.
Oto dowiadujemy się, że (za dziennik.pl):

To koniec liceów ogólnokształcących. Znikną już od września. Będzie mniej lekcji historii, polskiego, biologii, chemii i geografii. Więcej - zdrowia i urody.
Od września licea przestaną być ogólnokształcące, a staną się specjalistyczne. Reforma, która po wakacjach 2012 r. roku wchodzi w życie, ostro tnie godziny przedmiotów na poziomie podstawowym. Znika 90 godzin historii, 60 języka polskiego i 120 przedmiotów ścisłych.

Licealiści będą musieli wybrać profil kształcenia. W praktyce w wieku 15 lat zdecydują, czy zostaną humanistami, inżynierami czy ekonomistami.
Uczniowie w pierwszej klasie liceum będą kończyli naukę przedmiotów, którą rozpoczęli w gimnazjum. Pozostałe dwa lata będą mieli na poszerzanie wiedzy z wybranych dziedzin – od dwóch do czterech. Kto zdecyduje się na profil humanistyczny, z prawami Newtona będzie miał ostatni raz styczność w wieku gimnazjalnym. Wiedzę fizyczną zastąpią takie bloki, jak: zdrowie i uroda, śmiech i płacz czy woda – cud natury. Przyszli inżynierowie i ekonomiści o powstaniu listopadowym posłuchają ostatni raz w wieku 13 lat.

Gdy dowiaduję się o nowych przedmiotach: zdrowie i uroda, nie mogę powstrzymac się od śmiechu. Gdy zaś czytam o "blokach":  zdrowie i uroda, śmiech i płacz, woda – cud natury, to zaczynam zastanawiać się, czy ja jeszcze śpię. A może po prostu trafiłem do domu wariatów?

Ale dlaczego nikt się nie śmieje! Przecież ten król jest nagi!

Po owocach ich poznacie...

Ledwie kilka dni temu pisałem o nieudacznych oświato-reformatorach. System oświatowy odziedziczony po upadku tzw. "socjalizmu realnego" nie był ideałem, ale jakiś-tam w miarę przyzwoity poziom był utrzymywany. Każdy kolejny minister chciał się jednak wykazać, więc reformował na potęgę.

Te reformy najczęściej szkodziły poziomowi nauczania, wychowania, jak też autorytetowi nauczyciela. Od czasów ministra Giertycha (na którym psy wieszano na potęgę, a i ideałem nie był), nie było lepszego ministra oświaty! Dlaczego wspominam właśnie jego? Bo zauważył problem bardzo ważny - dyscyplinę w szkole. Najlepszy nauczyciel nie nauczy niczego ucznia, który nie chce się uczyć, ma za sobą głupawe przepisy o ochronie jego prawa do lenistwa i rozrabia w szkole, bo nie grozi mu za to żadna sensowna kara.

Oto "Rzeczpospolita" donosi:
Przestępstw w gimnazjach i podstawówkach przybywa, a sprawcy są coraz młodsi i bardziej brutalni.
Liczba wymuszeń i rozbojów przez ostatnie dwa lata prawie się podwoiła.
Stan bezpieczeństwa w szkołach jest zatrważający, wymuszenia od młodszych kolegów pieniędzy, telefonów czy pobiciach są na porzadku dziennym.
Coraz niższy jest wiek sprawców i coraz większa liczba przestępstw dokonywanych z dużą dozą agresji.

Kochani "reformatorzy". Może już najwyższy czas pomyśleć o likwidacji przymusu szkolnego? Niech chodzą do szkoły ci, którzy chcą się uczyć. Szkoła ma uczyć, a nie wychowywać na młodocianych gangsterów.

Jeżeli ktoś nie chce się uczyć, niech pracuje - dziecko powinno mieć do tego prawo. Prawo zabraniające dziecku pracować, a nakazujące mu się nudzić w szkole - jest bezprawiem. O dziecku powinni decydować rodzice, a nie urzędnicy.

Ach ci lekarze...

Mamy kolejne wiekopomne reformy. Teraz kształcenie nauczycieli będzie takie, że ho, ho! Teraz kształcenie będzie modułowe:

  1. Moduł pierwszy: przygotowanie w zakresie merytorycznym do nauczania przedmiotu, czyli przyszłego nauczyciela matematyki będą uczyć matematyki.
  2. Moduł drugi: psychologiczno-pedagogiczny, czyli nauczyciela będą uświadamiać w kwestii psychiki uczonego dziecka, czy nawet dorosłego - by mógł wybrać optymalne  na danym etapie metody nauczania.
  3. Moduł trzeci: dydaktyczny, czyli będą uczyć, jak należy uczyć matematyki.

Czy tego nie uczono wcześniej? Ależ uczono, tylko nie sklasyfikowano tych czynności jako "moduły". Teraz mamy moduły, czyli reforma jest.

Niebezpieczne jest w tym wszystkim jedno: "zwiększono rolę kształcenia praktycznego, w tym w szczególności w obszarach dotyczących kompetencji opiekuńczych, wychowawczych oraz diagnozowania indywidualnych potrzeb ucznia". Nad dzieckiem rozciągnie się taki parasol ochronny, że gdy ono dorośnie, to będzie bezradne, jak niemowlę we mgle.  To jest przygotowanie do produkcji posłusznych obywateli - i chyba o to właśnie chodzi.

A odnośnie leczenia oświaty, a poziomu kształcenia nauczycieli w szczególności. Proszę Wielkich Reformatorów! Prawdziwe leczenie, to leczenie przyczyn. Gdy ktoś ma grypę, to podawanie mu kropli do nosa nie jest leczeniem, lecz poprawianiem jego samopoczucia. Gdy ktoś na poziomie matury nie potrafi czytać ze zrozumieniem, to możecie go wymodułować po trzykroć, a i tak dobrego nauczyciela z niego nie zrobicie.

Wprowadzenie fatalnych "reform" (przykładowo: zlikwidowanie normalnego oceniania w klasach najmłodszych, wprowadzenie gimnazjów, forsowanie ochrony pseudo-praw uczniów) rozwaliło kształcenie na poziomie podstawowym i średnim. Teraz możecie sobie co najwyżej leczyć skutki swoich poprzednich reform.

Jak poprawić wyniki nie poprawiając wyników?

Mamy zapowiedź kolejnych ułatwień na maturze. Podobno CKE zamierza sprawdzić ilu maturzystów cierpi na dyskalkulię. OKE w Łodzi ma sprawdzić przebieg tegorocznych matur w całym kraju i zbadać jak duży jest problem występowania dyskalkulii wśród maturzystów.

Dyskalkulia to zaburzenie zdolności matematycznych. Niektóre objawy:

  • nieumiejętność wykonywania elementarnych działań na liczbach (także liczenie na palcach i częste naciskanie złych przycisków w kalkulatorze),
  • problemy z odczytywaniem poprawnej godziny z zegarka,
  • zapominanie następnego etapu jakiejś operacji,
  • błędy "nieuwagi",
  • trudności w odczytywaniu map i wykresów,
  • brak myślenia logicznego na materiale liczbowym,
  • ataki nerwicowe lub stresowe przed wykonywaniem działań matematycznych - co już nie dziwi, bo skoro się czegoś nie umie...


Mamy taką sytuację, że aby podjąć studia wyższe na jakimkolwiek kierunku, trzeba najpierw zdać egzamin maturalny. Nie pierwszy raz twierdzę, że taki stan rzeczy jest absurdalny. Można być genialnym pisarzem nie umiejąc dodawać. Można być genialnym matematykiem, który nie zna literatury średniowiecza. Po co komu ta matura?

Do podjęcia studiów na polonistyce powinny w zasadzie wystarczać odpowiednie umiejętności polonistyczne, a na kierunku matematyka - matematyczne. Tak nie jest - nie mogą podjąć studiów "jednostronnie" uzdolnieni. Za to z powodzeniem mogą studiować miernoty, które umieją niewiele, ale przez maturę jakoś się przepchają.

Teraz umożliwi się przepchanie matury tym, którzy załatwią sobie  papierek, że cierpią na dyskalkulię. Jutro - na języki obce. A za jakiś czas tym, którzy boją się wiedzy.

Kto winny niech się przyzna!

Na portalu dziennik.pl ukazał się artykuł "Wielkie zmiany w szkołach. Takiej reformy jeszcze nie było". Oto jego fragmenty:

Kto przeszkadza w reformowaniu szkół? Resort edukacji już wie - to dyrektorzy placówek. Dlatego ministerstwo szykuje rewolucję, która całkowicie odmieni obraz polskiej edukacji. Ośrodek Rozwoju Edukacji – agenda podległa Ministerstwu Edukacji – wystawił bardzo niepochlebną opinię dyrektorom polskich szkół. Oskarża ich o sabotowanie reform i zaleca zmiany w sposobie mianowania.
Autor raportu stawia tezę, że za taki stan rzeczy odpowiada to, że prawie wszyscy dyrektorzy szkół są nauczycielami. A większość kieruje placówką, w której wcześniej pracowali jako nauczyciele. W dodatku tylko nieliczni pracowali gdziekolwiek poza szkołą. To oznacza brak dystansu i krytycznej oceny środowiska, z którego wyszli, co przekłada się na sposób zarządzania oświatą.


Trwają prace nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które w lutym trafią na biurko minister edukacji.Chodzi o to, by dyrektor po wyborze na stanowisko miał zawieszone przywileje wynikające z Karty nauczyciela, samorząd mógł zrezygnować z etatu dyrektora szkoły, a w jego miejsce powołać inspektora oświatowego.Proponowany jest też model, w którym obowiązywałby zakaz pełnienia funkcji kierowniczej w szkole, w której było się nauczycielem, lub zakaz pełnienia funkcji w jednej placówce dłużej niż dwie kadencje. Do tego dyrektor w okresie dwóch pierwszych lat od objęcia po raz pierwszy stanowiska miałby obowiązek przejść dwuetapowy system szkolenia.

Faktem jest, że:

  • przepisów prawa nie powinni pisać prawnicy, bo tak je zagmatwają, że normalny człowiek tego nie zrozumie - by mogli potem zarabiać na interpretacji przepisów,
  • dyrektorem szkoły nie powinien być nauczyciel, bo będzie dbał o dobro nauczycieli, a nie uczniów - a szkoła jest przecież dla tych drugich.

Podobnie w MEN nie powinni pracować (także byli) nauczyciele, bo będą tak zarządzali oświatą, by inni nauczyciele mieli niezły zarobek na niekończących się kursach i szkoleniach. Świetnie ujął to w komentarzu (z akcentem politycznym) jeden z internautów:

Nie matura, lecz chęć szczera, da szkolnego menedżera.
Bo nie chodzi o maturę, tylko kursa POniektóre.


Pozostałe komentarze:
-1--2--3--4--5--

-6--7--8--9--10--

-11--12--13--14--15--

-16--17--18--19--20--

-21--22--23--